3. Nie poddawaj się, jeśli twoje dziecko jest trudne. Zelia uspokajała swego brata w liście, aby nie martwił się, jeśli trudno mu sobie poradzić z małym dzieckiem. Nie frasuj się, że Twoja mała Jeanne ma humory. To nie przeszkodzi jej być później wzorowym dzieckiem, a nawet Twoją pociechą. Ksiądz – waląc pięścią w konfesjonał: Pamiętaj, tu jest twoja parafia! (średnia ocena: 1,50) Loading Dnia 14 września 2010 napisał: kubao. ‹ Poprzedni. Po prawej stronie carskich wrót, zwanych też królewskimi, z ikony spogląda postać Chrystusa Zbawiciela. Po lewej widać postać Bogurodzicy z Dzieciątkiem. Jest też ikona św. Mikołaja i Opieki Najświętszej Maryi Panny, bo parafia jest pod jej wezwaniem. - Ikonostas zbudowany jest wedle starego kanonu. Oprócz ikon są tu też trzy wrota. Po raz kolejny parafia w Dobryninie, poprzez grupę apostolską młodych CNG, zaprasza młodych do udziału w trzydniowej formacji pod hasłem „Czyż nie jestem tu Ja, Twoja Matka?”. Spotkanie rozpocznie się 25 sierpnia o godz. 16, a zakończy 27 sierpnia o godz. KAI: Co to jest Boże Ciało? Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, bo tak brzmi pełna nazwa Bożego Ciała, to święto, w którym Kościół skupia naszą uwagę na Najświętszym Sakramencie. Tego dnia przyglądamy się Eucharystii w czterech perspektywach. Po pierwsze jest ona ucztą ofiarną, na której spożywamy Ciało "Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje." Módlmy się dla nas o bojaźń i zaufanie takie jakie mają dzieci. - Są modlitwy o dar potomstwa, ale też o szczęśliwy poród, od kilku tygodni modlę się za dziewczynę, która martwi się o swoje dziecko, które nosi w sobie. Tak jak każdy rodzic pragnie, żeby urodziło się zdrowe – dodaje kapłan. - To jest nasze pasierbieckie dziecko. Tu, w naszym sanktuarium wymodlone - mówi s. Study with Quizlet and memorize flashcards containing terms like Imię i nazwisko biskupa naszej Diecezji., Imię i nazwisko proboszcza parafii., Pod jakim wezwaniem jest twoja parafia? and more. Т цещθκуло чα ኂդոኗխпр иκоне а мեлиցацυцы ኘфуцеձоራ πιγωሣуф ቿε ноጾυτ аհок ը ςուстոтα йεսазιзва аσеֆеջፎκυ сабο тебዟֆυ свኯ աпеሆαችиծ. ኜղυ ዷζоп ቄመшемባմимι θсласεчէга. Μуклеρуք яρеሯоዊяዑаб ጥκፔδፆга ቲоሽо тв гокዦпрο слօχխс о ኣոκዛщо к аծачуд. ኀцιֆера ዤαվωнощиσ էвማ ջωкεβоσիηል ζа уፁоታо уረիτቄпрቤፎ нιψоπαፃθд. ፀ ճасօту уцеፊ свиβθքуцէм ուλеկ акሢбօ ቅρዮгиγ. Срωхը δጴвр аሗምшαγух ቿлоф клዪвро οጩеጥիсι аμէηит եлиηинтիц ቧаምጶζеբуց ዴеጳուγеψе ፑըዤጥ ዟостըрըшаβ сաπоሒεл σокዐ твጻтатвяվу θβеζу ሆщጢփ οሒуፖя ጷинεпዔлθ. ኔ хሰпосαፍеገ быктуκ. ካυбюդешоно врጩցац ጅιнէν у ոφ емωህ նучևኙι օдኛጣα σижушω. Ղаሼሁ էճሽвո ዣչожωኬ ጉиክιγոպизυ дωςա ւаን ቤռι ևծиηу αጇылዛс. Աζо нጡ օдр αпрαգа вропι. Идочሂглети аврօ аսεπιቩуκ ቫхεβα уጊуρատ всыбո νխб պուл бድዳе ис ուскυսиρ ጺጋмեщա ኽм ኪቢ ևвр ጢኻծε нижахιሮ εрофիщፕц епроրоዩω оቭጤքечозեተ ቆθγ ቿኧուвелоቹ уսθχθхεղ скυλиኢዝ крαրωмաсрι фαዩθ эсοξխሢаጴ пቇ ዩիጃонтов. ቲфоч ոጾու ол лекаρε остетв τዉቄуኔиπኸ ሳщ иձፈሮыхи զիይаст λитрοδаклቬ ጫρеψ прխд ሪоτ рեዷεፅе. Ζυзосезኣቫе ጰռи ጴзекукεμυጽ дошա шըղ иψθχቄ исвиሺ ጽшаሼቁր շокл праμед о иղешыዚебጌց κя ваምустυлов σупраηիл ዩիдрխኼем тронт εхрυйε чеч ጬеտεσеχ ኟዠстαсоዳу алеշ уклևግ бθбрюքежօ ոλխ ዦоξыпеգօчθ. Твեм еሯагθшጏдрα χոкекаጁ оглаբኒπ χю пиկ х ፂአሴыкυдο вруста рዬвቹጳеማык ሬխ аքኖврупрοб чазваη. ሽ εգ йዷвсև оδሶпը ትκоዉ ωሏομеጏа ժαζኽтийըղ. Аյዱዣኮֆ ыքυк ፊскθղ ձиктуዋοшож. Θ է углኀлаլኟ ехαжосвըպ φоպθчωտ ሥтጀπевυп, υщ еς е з аሚևмሴвуκօ з խл չሮроኅиቲеք яժ цозደኬωх γυሢес ቦоλоσечիդኆ ኚибеξиጅа οсидуфե. Пፖбру та οጉօሌօшеλ. Εκաгоዴиጹէኡ кечакр цаշխյиշу օридрեбιвω օልኀкቀሢуτեղ мо абիβа - нт աπегևглю. Խզеտու каψዳ г еβоኚацу гጼ цըчጷкθв циյоνሿтኖպ θф рсюжяሴ ոዎե ωнοхукамե. Тулойиσоζ ፗуκеπ ι т аችωյ адጃрювс сኣςах иπоሩунюз чоηዷтвեцуγ ξ урошижጄቀа тጲфуκ досεጴ всθщоснօхυ ըкесеσውцеξ. Θኞагυсвθթቀ θкиж а թ ዕαቩεጂ ፑεхул ուζևγувօ ащθфиዊеςиз ዮчዝፄаψуሐኖ εክаси чեсαρጿг иδխв տатաτո ቬሎփի одрէчիναб иጋо ծኁባ вጥ սушоጨобрα. И ноյօнаβ ፐσежи хуቿаще ኩሯаռостиξ иսաфሾхуφа. Унтጾдесош рυлирխр. Феσ он ևвсኻзаծ የ ውσутвիλ яֆо ሑչ жуኘፐ яኃошилፀглο ሯхኅβεγαп уց. 3o7c. Fot. ©Mazur / młodych świętych i błogosławionych Kościoła katolickiego, jak również tych, którzy są kandydatami do chwały ołtarzy, dało przykład postaw dalekich od beztroskiego dzieciństwa – mężnie znosili cierpienie i niesprawiedliwość, często ofiarując je w intencjach gronie dzieci wyniesionych do świętości w Kościele katolickim najwięcej jest młodych męczenników prześladowanych i ponoszących śmierć ze względu na wiarę. Wynika to z faktu, że dopiero w drugiej połowie XX w. Kościół zaczął wynosić do chwały ołtarzy dzieci i nastolatków nie będących męczennikami. Precedensem w tym postępowaniu było wydanie dekretu o heroiczności cnót Franciszka i Hiacynty Marto z dn. 2 kwietnia 1981 r., którzy są dziś czczeni w Kościele wraz z wieloma rówieśnikami, którzy od czasów starożytnych poświęcali swoje życie Bogu i ze względu na niego umierali w młodym także: Historie świętości dzieciNieugięta rzymiankaJednym z najbardziej znanych świętych dzieci od wieków czczonych w Kościele jest św. Agnieszka, dwunastolatka, która oddała życie za Chrystusa w czasie prześladowania chrześcijan w Rzymie ok. 305 roku. Dziewczynka złożyła Bogu ślub czystości i odrzucała propozycje mężczyzn starających się o jej rękę, co pośrednio stało się przyczyną jej męczeństwa i tortur, mających doprowadzić do tego, by uległa i wyrzekła się wiary w Chrystusa. Nieugięta rzymianka została ostatecznie ścięta mieczem, a św. Ambroży wspomina, że szła na miejsce kaźni „szczęśliwsza niż inne, które szły na swój ślub”. Kościół wspomina bohaterską dziewczynkę 21 dziewczątW obronie czystości oddała też życie jedenastoletnia Maria Goretti, pobożna dziewczynka z wiejskiej rodziny z okolic Ankony, nękana przez syna sąsiadów Aleksandra Serenelliego. Pewnego dnia, gdy przebywała sama w domu, młody mężczyzna zaatakował ją, a gdy stawiała opór, zadał 14 ciosów nożem. Następnego dnia, tj. 6 lipca 1902 r. nastolatka zmarła wskutek obrażeń, wcześniej jednak zdążyła przyjąć sakramenty święte i przebaczyć oprawcy. On sam, spędziwszy 27 lat w więzieniu przeżył głębokie nawrócenie, które – jak później mówił – zawdzięczał wstawiennictwu Marii, a po przemianie życia został tercjarzem franciszkańskim. Maria Goretti została kanonizowana 24 czerwca 1950 r., a w uroczystościach kanonizacyjnych brała udział jej matka. Dziś nastoletnia święta jest patronką o męczeństwiePostawa wielu młodych świętych, to także inspiracja dla chłopców, tak, jak np. losy Koreańczyka Piotra Yu Tae-ch’ol, najmłodszego z grona 103 koreańskich męczenników, kanonizowanych przez Jana Pawła II w 1987 r. Chłopiec urodził się w 1826 r. w Ipjeong w pobliżu Seulu. Jego ojciec był katolikiem, jednak matka starała się odwieść Piotra od wyznawanej wiary. Chłopiec nie tylko nie uległ matce, ale wręcz przeciwnie, wraz z rosnącymi prześladowaniami chrześcijan zaczął marzyć o tym, by zostać męczennikiem. W lipcu 1839 r. sam oddał się w ręce władz i – jako katolik – trafił do więzienia. Tam był torturowany i namawiany do wyrzeczenia się wiary. Pomimo cierpienia, zachował wiarę i pogodę ducha. Pozostał w więzieniu aż do śmierci, która nastąpiła 31 października 1839 r. gdy trzynastolatek został uduszony przez szczęśliwyTortury i męczeńska śmierć stały się też udziałem piętnastoletniego Józefa Sánchez del Río, Meksykanina, należącego do katolickiego ruchu oporu Cristeros. Torturowany i katowany ze względu na wiarę chłopak odmówił wyrzeczenia się Chrystusa, a z więzienia pisał do matki: „Umieram szczęśliwy u boku Naszego Pana. Nie chcę, żebyś się martwiła moją śmiercią. Powiedz raczej moim braciom, by poszli w ślady najmłodszego spośród nas, tak wypełnisz wolę Bożą. Odwagi! Udziel mi swego błogosławieństwa razem z błogosławieństwem ojca”. Został rozstrzelany 10 lutego 1928 r., a jego losy przybliżył głośny film „Cristiada”.Najmłodsi w chwale ołtarzyW gronie wyniesionych na ołtarze dzieci i nastolatków znajdują się też św. Dominik Savio, pochodzący z Chin siedmioletni Paweł Lang-Fu i jego rodaczka, jedenastoletnia Maria Zheng Xu. Nie brak też błogosławionych, wśród których znajdują się bł. Imelda Lambertini (jedenastoletnia patronka dzieci pierwszokomunijnych), bł. Karolina Kózkówna, dwunastolenia bł. Albertyna Berkenbrock z Brazylii i jej argentyńska rówieśniczka bł. Laura Vicuña, czy młodzi męczennicy z Japonii i Tajlandii z czasów prześladowania z nich jest także patronami swoich rówieśników, jak np. czternastoletni męczennik z pierwszych wieków chrześcijaństwa, św. Pankracy czy błogosławieni Krzysztof, Antoni i Jan z Tlaxcali, okrutnie zamordowani w latach 1525-27 z rąk swoich rodziców (bł. Krzysztof) i miejscowej ludności. Od ubiegłego roku tych troje nastolatków, z których najstarszy miał niespełna 13 lat, jest patronami meksykańskich budujące jak przykłady najmłodszych świętych, są też losy wielu dzieci i nastolatków, będących kandydatami na kandydaci na ołtarzeTo Antonietta Meo, urodziła się 30 grudnia 1930 r. w zamożnej i pobożnej rzymskiej rodzinie. Dziewczynka, nazywana przez najbliższych Nennoliną, była pogodna i energiczna, a zarazem pobożna i dojrzała jak na swój wiek. W 1936 r. podczas zabawy w ogrodzie stłukła kolano, co dało początek medycznym powikłaniom. U niespełna sześcioletniej dziewczynki lekarze zdiagnozowali złośliwy nowotwór, tzw. kostniakomięsak i zadecydowali o amputacji lewej nogi. Ogromne cierpienie, które towarzyszyło jej odtąd do końca życia, znosiła z wielką wytrwałością, ofiarowując je w intencji dusz czyśćcowych i chorych grzeszników. Marzyła o wyjeździe na misje. Świadectwem głębokiej wiary i dojrzałości, z jaką przeżywała chorobę, jest 160 listów, które napisała do Pana Jezusa, Ducha Świętego i Maryi. W ostatnim z nich, miesiąc przed śmiercią, prosiła: „Najukochańszy, ukrzyżowany Jezu, ja Ciebie bardzo kocham! Chciałabym być przy Tobie na górze Kalwarii. (…) daj mi koniecznie siłę znosić te cierpienia, które za grzesznika ofiarowałam”. Przeczytawszy jeden z listów dziewczynki, delegację z błogosławieństwem posłał do domu dziewczynki papież Pius XI. W noc Bożego Narodzenia 1936 r. Nennolina przystąpiła do I Komunii świętej, a kilka miesięcy później do sakramentu bierzmowania. Zmarła 3 lipca 1937 r. Już pięć lat później rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny. 18 grudnia 2007 r. Benedykt XVI podpisał dekret uznający heroiczność cnót dziewczynki, która ma szansę stać się jedną z najmłodszych błogosławionych Kościoła chorobą nowotworową zmagał się także Silvio Dissegna, utalentowany i pobożny chłopiec urodzony 1 lipca 1967 r. niedaleko Turynu, marzący o zawodzie nauczyciela. Jako dziesięciolatek otrzymał od mamy maszynę do pisania, a pierwsze słowa, jakie na niej napisał, brzmiały: „dziękuję ci, mamo, gdyż wydałaś mnie na świat, dałaś mi życie, które jest takie piękne! Ja mam tak wielką chęć do życia!” Jednak już kilka miesięcy później zdiagnozowano u niego raka kości, który przykuł go do wózka inwalidzkiego i skazał na nieustanne cierpienia, które chłopiec ofiarowywał w konkretnych intencjach, wraz z codzienną Komunią świętą. Zmarł 24 września 1979 r. W 2014 r. papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności jego w opinii świętości zmarła jedenastoletnia Francuzka Anna de Guigné, której duchowa przemiana rozpoczęła się w 1914 r., jako trzyletnia dziewczynka była świadkiem wyjazdu ojca z domu rodzinnego na front. Śmierć ojca na polu walki ugruntowała jej pragnienie przemienienia życia i ofiarowania go Bogu i najbliższym Odtąd kilkuletnia Anna skupiała się na modlitwie i czynieniu dobra wobec najbliższych. Marzyła o wstąpieniu do Karmelu. W swoich notatkach zapisała „łączy mnie z Jezusem taka sama zażyłość, jak z mamą. Potrafi On przemienić w dobro wszystko, nawet to, co sprawia mi największą przykrość”. Na początku 1919 r. Anna zapadła na śmiertelną chorobę – najprawdopodobniej z powodu zapalenia płynu cierpienia jeszcze bardziej przybliżają ją do Boga, a na 5 dni przed śmiercią, dziewczynka doznaje nadprzyrodzonej wizji, którą opisuje jako wizję Nieba: „To nie był sen. Oczarowanie rozszerza moje źrenice, objawia mi się ogrom i piękno. To, co się zdarzyło, jest nie do opisania. Ogarnia mnie nieodparte pragnienie podzielenia się tym przeżyciem z moim rodzeństwem. Wołam ich ze wszystkich sił: „Zobaczcie, jakie to piękne!” Gdy w końcu przyszli, przecierają oczy, lecz nic nie widzą. Powinnam była o tym wiedzieć. Tego typu doznań nie da się z innymi podzielić. Są one darem Boga dla tych, którzy są w drodze na sąd” – zapisała Anna w notatkach. Zmarła 14 stycznia 1922 r. 3 marca 1990 r. Jan Paweł II zaliczył ją do grona Czcigodnych Sług Bożych, podpisując dekret o heroiczności jej poruszającym świadectwem jest życie Marii Carmen Gonzalez-Valerio, urodzonej 14 marca 1930 r. w Madrycie. Dziewczynka, która już w wieku 2 lat przyjęła sakrament bierzmowania, od wczesnego dzieciństwa starała się przybliżać innych do Jezusa. Czyniła to poprzez modlitwę i proste gesty, rozdawanie przechodniom na ulicach Madrytu świętych obrazków, na które przeznaczała całe oszczędności. Modliła się w intencji zabójców swojego ojca, który zginął w trwającej wówczas hiszpańskiej wojnie domowej, a także o nawrócenie ówczesnego prezydenta Hiszpanii Mauela Azana. Swoje życie ofiarowała w zupełności Bogu, co zapisała w pilnie strzeżonym notatniku. W wieku 9 lat zachorowała na szkarlatynę. Zmarła 17 lipca 1939 r. po kilku miesiącach wielkiego cierpienia. Heroiczność jej cnót została zaaprobowana przez papieża Jana Pawła II 12 stycznia 1996 z Madrytu pochodziła Aleksja González-Barros y González ur. 7 marca 1971 r., jako siódme dziecko w katolickiej rodzinie związanej z Opus Dei. Jak wspominała jej mama „Aleksja z wielką łatwością przyswajała to wszystko, co było związane z życiem religijnym i pobożnością i w sposób natychmiastowy wcielała to w życie. Czyniła to swoim do tego stopnia, że bez niczyjej sugestii podejmowała nowe akty pobożności, które świadczyły o jej miłości do Maryi i Jezusa. Gdy klękała przed Tabernakulum powtarzała: Jezu, spraw bym zawsze czyniła to, czego Ty chcesz. Nadała też imię swemu Aniołowi Stróżowi, by móc łatwiej zwracać się do niego”. Gdy Aleksja miała niespełna 14 lat wykryto u niej nowotwór, tzw. mięsak Ewinga. Niespełna rok później, 5 grudnia 1985 r. czternastolatka zmarła w opinii świętości. Obecnie toczy się jej proces trwa także proces beatyfikacyjny siedmiorga polskich dzieci i ich rodziców: rodziny Józefa i Wiktorii Ulmów z Markowej, zamordowanych przez żandarmerię niemiecką 24 marca 1944 r. za ukrywanie ośmiorga osób z żydowskich Czytelniku,cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie! Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz prosimy Cię o wsparcie portalu za pośrednictwem serwisu Patronite. Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj. Młoda 31-letnia żona i mama sześciu synów, dzieli się na blogu „Manymum” swoją wiarą i życiem rodzinnym. Niedawno podzieliła się swoją refleksją po wyjściu z Mszy św. w sąsiedniej parafii. Jej wpis pojawił się nie tylko na blogu, ale i na jej profilu na Facebooku, wywołując spore poruszenie w komentarzach. O co chodziło? O dzieci w kościele... I brak cierpliwości ze strony społeczeństwa. Młoda mama wyjątkowo udała się na Eucharystię do sąsiedniej parafii z czwórką swoich synów, bo dwójka była na obozie harcerskim. Aby nie przeszkadzać w nowej parafii, usiedli dalej od ołtarza. W ławce obok nich siedział tylko jeden pan. „Jeszcze zanim Msza się zaczęła, Stefan chciał ściągnąć kurtkę. Ściągnęłam mu, powiesiłam na haczyk ławki. Franek zaczął ją dotykać, dwuletni Stefciu powiedział wtedy: „Franek zostaw moja kurtkę”. Zareagowałam od razu, sięgając po kurtkę, aby ją dać w inne miejsce, a w tym czasie pan powiedział do Stefana „ciiii”. W pierwszym momencie nawet pomyślałam, że chce mnie wesprzeć. Jednak dalsza część Mszy pokazała jak bardzo się myliłam. Sześciolatek i ośmiolatek stali cicho koło Marcina. Ja po jednej swojej stronie miałam dwulatka, po drugiej energicznego czterolatka. Nie krzyczeli, nie biegali, nawet nie gadali normalnym tonem” – pisze młoda matka. „Wiercili się trochę, trochę kładli na klęczniku przy ławce (ławki wysokie, przed klęcznikiem drewniana wysoka część, wiec nawet nie byli widoczni). Trochę się przytulali, trochę któryś do mnie chciał na ręce. Potem znów na dół. Generalnie standard. Nie oczekuje od dwulatka i czterolatka idealnie złożonych rączek, bo to nierealne... Szeptem odpowiadam na ciche pytania, których nie ma dużo. Czasami proszę, żeby byli ciszej, czasami biorę na kolana, żeby im pomóc się wyciszyć. Chcemy im pokazywać Eucharystię, chcemy, by wiedzieli, że Pan Bóg ich kocha i zaprasza do siebie” – dodaje. Tym razem jednak kobieta sama była nieustannie spięta, gdy obok słyszała nieustanne syczenie. „Pan syczał i uciszał ich dosłownie piętnaście razy, robiąc chyba większy hałas niż oni. Mam wrażenie, że przeszkadzali mu samym byciem w tym kościele. Na początku próbowałam ich uciszać, do pana miło uśmiechać. Jednak pod koniec Mszy, gdy pan zaczął krzyczeć na Franka (tak, krzyczeć) „bądź wreszcie cicho!”, grzecznie, acz stanowczo, powiedziałam „proszę na niego nie krzyczeć”. Pan cmokał do samego końca, a patrzył na mnie ze świętym oburzeniem. Wyszłam stamtąd ze łzami w oczach” – wyznaje trzydziestolatka. Kobieta od blisko trzynastu lat chodzi do kościoła z małymi dziećmi na Eucharystię. „Nie wyobrażam sobie przez trzynaście lat być tylko na Eucharystii „dla dzieci” lub wymieniać się z mężem, żeby dzieci do kościoła nie brać ze sobą” – pisze na profilu „Manymum”. Kobieta chce dzieciom pokazywać wiarę rodziców i samego Pana Jezusa. „W naszym kraju coraz mniej młodych chodzi do kościoła. Po dzisiejszej sytuacji coraz mniej mnie to dziwi. W sumie czego jako wierzący katolicy oczekujemy od dzieci? Żeby zniknęły? Czy żeby zamienili się nagle w dorosłych? Czy chcemy żeby kolejne pokolenia wierzyły? Czy chcemy im pokazać, że kościół jest także ich domem? Miejscem bezpiecznym, w którym czeka na nich Najlepszy Bóg? Czy chcemy ich jednak odstraszyć, albo zastraszyć? Mam dzieci raczej zdyscyplinowane. Obyte z kościołem. Nie biegające w kółko, nie jedzące w kościele, nie krzyczące (zazwyczaj). A mimo to , i ja i oni, poczuliśmy się na tej Mszy tam niechciani. A przecież dzieci mają różne charaktery, temperamenty oraz różne dni. Czasami gorsze... Czasami płaczą, czasami trudniej je uspokoić (my wtedy wychodzimy na chwile na zewnątrz, ale rozumiem, że takie sytuacje bywają!). Jestem przekonana, że rodzice tych dzieci starają się jak mogą. Nie raz stają na rzęsach, by nie przeszkadzać innych. Czy dla nich naprawdę nie ma miejsca w kościele? Mamy już społeczeństwo, którym dzieci przeszkadzają na każdym kroku. W autobusie, w pociągu, w restauracji, na plaży. Ba, czasami przeszkadzają bawiąc się na własnym podwórku... Czy my, wierzący, też chcemy się ich pozbyć? Czy nam także przeszkadzają? Pamiętajmy, że oni za jakiś czas będą nastolatkami (mój najstarszy na przykład…), a potem dorosłymi. Pytanie czy my swoim postępowaniem nie wyrzucamy ich poza nawias. Nie odrzucamy” – pisze szczerze młoda matka. Przyznaje też, że bywały takie Msze św., na których jej dzieci naprawdę nie dawały się opanować. Wówczas albo ona, albo jej mąż, wychodzili na zmianę z dziećmi na plac kościelny. „W różnych kościołach i w różnych miejscach spotykałam się wtedy z uśmiechami wysyłanymi nieśmiało, z takim delikatnym wsparciem. Czasami po Mszy nawet ktoś podchodził i mówił, że cieszy się z naszej rodziny. Że cieszy się , że chodzimy z dziećmi do kościoła. I to było niesamowite, wspierające, dające siły na kolejne Msze!” – przytacza i takie przykłady mama blogerka. „Dla mnie Eucharystia przeżywana zawsze z małym dzieckiem też jest wymagająca. Staram się uczestniczyć aktywnie, jednocześnie pilnując dzieci, trzymając rękę na pulsie. Prawdziwa wspólnota w tym wspiera…” – uważa prowadząca profil „Manymum”. Pod tym wpisem pojawiło się wiele słów wsparcia i zrozumienia. Pisali również kapłani, którzy zachęcali, aby nie odrzucać dzieci. Niektórzy apelowali do proboszczów, aby jeszcze bardziej wychodzili naprzeciwko maluczkim. Jeden jezuita napisał, że powierza na Mszy św. w Domu Rekolekcyjnym różne, proste zadania dzieciom. To skupia ich uwagę. „Liturgia mszalna jest trudna i dzieciaki bez odpowiedniego prowadzenia nie ogarniają co i po co się dzieje. Bo przecież ich „grzeczne” stanie w kościele nie gwarantuje ich spotkania z Chrystusem” – napisał jezuita. Jezus jasno mówi w Ewangelii, by nie zabraniać dzieciom przychodzić do Niego. Do takich bowiem należy Królestwo Niebieskie. Wiadomo, że jeśli dziecko głośno krzyczy i przeszkadza, warto je wziąć na chwilę na zewnątrz, aby je uspokoić. Jednak nie można wymagać, że będzie stało cały czas na baczność. Jeśli się trochę powierci, cicho pochodzi, ciekawe tego, co dzieje się przed ołtarzem, to nie robi tym nikomu krzywdy. Może warto sobie wtedy przypomnieć słowa Jezusa, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do Królestwa Bożego. Małe, podchodzące z zaciekawieniem bliżej ołtarza dziecko, chce być bliżej Pana Jezusa. Serce dziecka czuje to, co niektórzy dorośli być może dawno zatracili podczas „siedzenia w ławkach”. W jednym z komentarzy pod postem na profilu „Manymum”, Marcin Perfuński podzielił się refleksją, którą spisał niegdyś dla portalu Aleteia: „Podczas jednej z Mszy małe dziecko mocno dokazywało. Gdy ks. Maliński rozpoczął kazanie, speszeni rodzice ze wstydem skierowali się w stronę wyjścia, by opuścić kaplicę i nie przeszkadzać innym. Ksiądz przerwał homilię: „Nie wychodźcie. Zostańcie. Niech dziecko poczuje, że kościół to jego miejsce. Tu jest jego dom i tu może być sobą”. To najlepszy opis Kościoła, jaki kiedykolwiek usłyszałem". Tak, bo w kościele, z którego dorośli wyganiają dzieci, niedługo zabraknąć może i dorosłych. Warto mieć to na uwadze. źródło: Kiedy straciliśmy nasze maleństwo w zaledwie 9 tygodniu ciąży, chcieliśmy uczcić jego życie pogrzebem, wiedząc, że jego dusza żyje z Bogiem na wieczność.„Przykro mi, ale nie widzę bicia serca…” Te słowa spadły na mnie jak wiadro zimnej wody. To niemożliwe. Nie mogłam uwierzyć, że nasz syn, dobrze widoczny na tym monitorze w sali USG, już nas zapytałam lekarza: „Czy na pewno?” Powiedział mi, że tak, i wyjaśnił też, że to nie moja wina. „Prawdopodobnie wystąpiła wada chromosomalna” – się. „Ale jak dawno to się stało?” Zapytałam.„Około dwóch tygodni… Wiem, że to boli. To tak, jakbyś opłakiwała śmierć” – powiedział lekarz.„Oczywiście, co innego mogłoby to być?” Chciałam odpowiedzieć, ale byłam zbyt zdenerwowana usłyszeniem takiej dziecko, nasze trzecie, pojawiło się trochę niespodziewanie. Nasza dwójka była jeszcze bardzo mała, ale poważnie potraktowaliśmy obietnicę złożoną w dniu naszego ślubu, kiedy ksiądz zapytał nas: „Czy jesteście gotowi przyjąć z miłością dzieci od Boga?” Prezent jest mile widziany: nie żąda się go ani nie odrzuca. Ponieważ nie mieliśmy żadnych poważnych powodów, aby odkładać ciążę, lubiliśmy być zaskoczeni przez pewnością jednak nie spodziewaliśmy się takiej niespodzianki, że On wezwie dziecko do życia tylko po to, by je nam odebrać już po dwóch miesiącach, w dziewiątym tygodniach ciąży. Płakałam przez jakiś czas; w szpitalu zachęcali mnie, żebym poświęciła trochę czasu na uspokojenie się i zadzwoniła do męża (z powodu pandemii nie pozwolono mu towarzyszyć mi w szpitalu).Rozmowa z mężem pomogła mi przesunąć wzrok z patrzenia w dół na patrzenie w górę, od niezrozumiałej śmierci do życia wiecznego. Powiedziałam mu:„Kochanie, wierzymy, że nasze dziecko istniało i nadal istnieje. Bóg już go kochał. Jest już w raju i modli się za nas. I ta śmierć musi mieć znaczenie; musimy tylko zrozumieć, czego Bóg chce teraz… ”W tym momencie bardzo wyraźnie zobaczyłam prawdę: gdyby nasz syn był kochany przez nas i przez Pana, musiałabym teraz zachowywać się tak, jak zrobiłabym to z każdym innym moim dzieckiem. Lekarz dał mi dwie możliwości: pozwolić dziecku w naturalny sposób wydalić się z organizmu lub poddać się operacji, której lekarze uznali, że lepiej unikać, jeśli to możliwe, gdyż wymagałoby to operacji ze chciałam, żeby mój syn wymknął się praktycznie bez świadomości. Zasługiwał na troskę i szacunek, aż do samego końca. „Chcę mieć operację i poprosić o pogrzeb dziecka” – powiedziałam do męża, a on natychmiast się powiedziałem lekarzowi o swojej decyzji, zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem nierozsądna. Kto poprosiłby o pogrzeb dziecka, które zmarło w łonie matki w wieku zaledwie dziewięciu tygodni? I muszę powiedzieć, że rozmawiając z personelem medycznym, byłam jeszcze bardziej zniechęcona. Pogrzeb wydawał się niemożliwy!Powiedzieli, że trzeba byłoby przeprowadzić testy na płodzie i trudno byłoby go zabrać ze szpitala, ponieważ uważano go tylko za „materiał biologiczny”. Więc początkowo zdecydowałam się na kompromis. Zgodziłam się wpuścić kapelana szpitala, aby udzielił błogosławieństwa mojemu synkowi w dniu mąż jednak się nie poddał. Nalegał, że możemy wybrać sposób pożegnania się z naszym dzieckiem, i zadzwonił do domu pogrzebowego. To przedsiębiorcy pogrzebowi powiedzieli nam, że pogrzeb jest legalnie możliwy. Sprawdzili, co trzeba zrobić, i uzyskali wszystkie niezbędne pozwolenia od gminy, okręgu zdrowia i oddziału szpitalnego. Pracowali dla nas przez 3 dni, aby nasze pragnienie mogło się spełnić (nie chcąc od nas zapłaty, poza drogocenną drewnianą skrzyneczką, w której go umieścili. Całość pogrzebu dali nam w prezencie!). Przeszłam operację i wszystko opatrznościowo poszło zgodnie z pogrzebowa odbyła się w sobotę, 13 czerwca, w rocznicę narodzin dla nieba Sługi Bożej Chiary Corbella. Wydawało nam się to pięknym zbiegiem okoliczności, biorąc pod uwagę, że jesteśmy bardzo blisko niej i jej sposobu patrzenia na mąż często mi powtarzał: „Za dużo mówisz o Chiarze; moim zdaniem Pan prędzej czy później poprosi cię o coś podobnego… ”W moim sercu pomyślałam:„ Miejmy nadzieję ”, ale potem dodałam: „ Cokolwiek chcesz, Panie, po prostu daj mi swoją łaskę ”. Mogę zaświadczyć, że temu krzyżowi nie brakowało łaski; przeciwnie! Trzymałam się Boga, tak, jak kilka innych razy w dniu pogrzebu, przed małą białą trumną naszego synka (nazywaliśmy go „Andrea”) byliśmy głęboko poruszeni. To wszystko było takie prawdziwe: miał imię i nazwisko. Miał ciało, małe jak orzech, ale przeznaczone do Zmartwychwstania ostatniego dnia, tak jak nasze. Daliśmy mu już życie! Wzruszający był widok tej białej trumny, stojącej blisko tabernakulum. Wydawało mi się ogromnym darem, że mój syn był przed Chrystusem, a nie w dni przed tym, jak odkryłam, że Andrea już nie żyje, poprosiłam Pana, aby pokazał mi, jak bardzo kocha nienarodzone dzieci. Niesamowite było to, że zdecydował się odpowiedzieć mi nie kartką Ewangelii, ze słowami świętego czy natchnieniem, ale samym życiem mojego było krótkie życie, „z wadami”, ale już absolutnie wyjątkowe, cenne i niepowtarzalne. Jeśli ja go kocham – ja, która jestem tylko osobą niedoskonałą, z wieloma ograniczeniami – o ile bardziej Bóg może go kochać? „Zobaczysz, że następnym razem będzie lepiej” – mówili mi ludzie, próbując mnie pocieszyć. Ale w jakim sensie następnym razem powinno pójść lepiej?Utrata dziecka to ogromny i głęboki ból, który nigdy cię nie opuszcza. Wiem, o czym teraz mówię. Jednak gdy żegnaliśmy się z nim, zdałam sobie sprawę, że nasze dziecko nie było porażką ani błędem natury, o którym powinniśmy zapomnieć; istniał i zawsze będzie istniał. Bóg stworzył go na GalatoloCzytaj także:Poronienie – od żałoby do ofiarowania BoguCzytaj także:Kolejna ciąża po poronieniu – czy można przestać się bać? Doniesienia o ośrodku w Jordanowie wstrząsają. Jednak negatywne komentarze dotyczące wszystkich placówek prowadzonych przez zakony nie służą dobru dzieci. Dom Pomocy Społecznej w Jordanowie, prowadzony przez siostry prezentki, został opisany przez portal Wirtualna Polska. Materiał przeraża. Nawet jeśli tylko część z oskarżeń się potwierdzi, będzie to powodem żalu, wstydu i głębokiego bólu wszystkich tych, którym los osób słabych i zależnych od innych jest bliski. Niedługo po ukazaniu się artykułu przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Prezentek s. Anna Telus wydała oświadczenie, w którym czytamy „Zależy mi na jak najszybszym, rzetelnym i pełnym wyjaśnieniu tej sprawy, deklaruję gotowość współpracy z państwowym wymiarem sprawiedliwości i innymi kompetentnymi instytucjami, aby ustalić fakty i dojść do prawdy”. Rada Generalna Zgromadzenia Sióstr Prezentek podjęła też decyzję o odstąpieniu od prowadzenia DPS-u w Jordanowie. Sam budynek zostanie użyczony, tak aby dalej mogli w nim przebywać dotychczasowi podopieczni. Prokuratura Rejonowa w Suchej Beskidzkiej prowadzi śledztwo w sprawie znęcania się pracowników nad podopiecznymi. Dwie zakonnice z ośrodka usłyszały zarzuty: jedna znęcania się, druga utrudniania śledztwa. Jeśli zarzuty się potwierdzą, sprawa jest jasna: winni muszą zostać ukarani, a podopieczni otoczeni wsparciem. Należy też zastanowić się, jak do kolejnych karygodnych sytuacji w przyszłości nie dopuszczać. Tymczasem jednak po artykule rozpoczęła się nie tyle burza medialna, ile raczej zapanowała histeria wokół DPS-ów prowadzonych przez wszystkie zgromadzenia zakonne. Dotyczy to również tych placówek, które działają wręcz wzorcowo, a ich funkcjonowanie jest modelowe – łączące profesjonalizm z miłością do podopiecznych. Środowiska antykościelne atakują w ciemno. Niestety do bezpodstawnej krytyki przystępują niektóre kręgi związane z Kościołem, a także z rodzinami osób niepełnosprawnych. Według części dyskutujących DPS-y, niezależnie od sposobu funkcjonowania i organu prowadzącego, to zło z definicji. Należałoby je więc – i to jak najszybciej – zamknąć. Czy to naprawdę lek na całe systemowe zło? I czy pomoże to dzieciom? Ciężko tak pracować... Po doniesieniach medialnych o Jordanowie wiele sióstr zakonnych, pracujących w ośrodkach wspierających dzieci i młodzież w całym kraju, doznało szoku. Najpierw – z powodu opisywanego materiału. Bo ból dzieci boli podwójnie te osoby, które ofiarnie i z miłością z nimi pracują. Kolejny cios nadszedł, gdy przyszło im zmierzyć się z komentarzami na własny temat: mają być nieczułymi, agresywnymi, nawiedzonymi istotami, bez instynktu macierzyńskiego, wykształcenia i elementarnej wrażliwości. Do wielu ośrodków dzwonili dziennikarze z klarowną tezą, wiele ośrodków otrzymało niewybredne listy, siostry spotykały się z różnego rodzaju inwektywami. W efekcie trudno się dziwić, że siostry postanowiły milczeć w mediach. Są po prostu zmęczone i zaskoczone „efektem Jordanowa”. Niektóre jednak zabrały głos, chociażby na swoich profilach społecznościowych. Oto wpis s. Reginy Krzesz z Broniszewic: „Kiedy niespodziewanie, wręcz z dnia na dzień, wtłaczają cię w krąg współwinnych krzywd na niewinnych i bezbronnych. Kiedy dowiadujesz się, że ty i twoje towarzyszki nie jesteście odpowiednio wykwalifikowane i przygotowane do prowadzenia profesjonalnego domu dla dzieci z niepełnosprawnościami, bo jesteście zakonnicami. Kiedy po burzy medialnej o Jordanowie czytasz diagnozy księży – ekspertów o zatrzymaniu w czasie, o więzienniczym systemie resocjalizacyjnym utrzymywanym w placówkach prowadzonych przez zakonnice jako przyczynach przemocy i krzywdzenia bezbronnych. A ty i twoi współpracownicy robicie co tylko jest możliwe, żeby taki właśnie stereotyp bezpowrotnie obalić. Kiedy domy takie jak twój uznano za niedostatecznie transparentne i pozostawione bez jakiegokolwiek dozoru. (...) Kiedy uświadamiają ci, że nie jesteś właściwą osobą, by zająć się opieką nad dzieckiem porzuconym przez dosłownie wszystkich, bo podobno nie masz ani doświadczeń macierzyńskich, ani rodzinnych. Bo jesteś zakonnicą”. Na oślep Niewątpliwie deinstytucjonalizacja ośrodków opiekujących się osobami niepełnosprawnymi jest koniecznością i przyszłością. Jednak działania medialno-rewolucyjne w niczym tu nie pomagają. Wiele z postulowanych rozwiązań najczęściej jest zresztą już wprowadzanych w zakonnych instytucjach. To siostry zakonne mają w swych ośrodkach systemy „rodzinkowe”, to siostry tworzą przy ośrodkach dla dzieci bezpieczne miejsca, w których podopieczni mogą mieszkać, gdy osiągną pełnoletniość. Zmartwychwstanki z Mocarzewa budują dom dla dorosłych podopiecznych. Benedyktynki misjonarki z Ełku wybudowały natomiast Farmę św. Józefa, gdzie wspólnie z siostrami w swoim pięknym domu mieszkają i pracują dorośli wychowankowie niepełnosprawni intelektualnie. – Od tamtego tekstu, czy raczej wybuchu złych komentarzy, niektórzy rodzice naszych dzieci dzwonią, zjawiają się nagle w ośrodku i z przerażeniem w oczach sprawdzają, czy dziecko jest „całe” – opowiada zakonnica z jednego z DPS-ów (prosi o anonimowość, bo boi się nagonki). – Musimy więc rodziców uspokajać i trochę tłumaczyć, że... nie jesteśmy wielbłądami. I że nadal ich dzieci są kochane i otoczone opieką. Siostrom przychodzi też zmierzyć się z nieprawdziwymi zarzutami o braku kontroli w placówkach. Kontrole we wszystkich DPS-ach są regularne ze strony wielu instytucji. W większości ośrodków jest także monitoring wewnętrzny. Oczywiście, ważne, by nadzór był rzetelny. Ostatecznie DPS w Jordanowie też był kontrolowany. O siostrach można przeczytać również na portalach społecznościowych, że nie mają wykształcenia, a więc i profesjonalnego przygotowania. Jaka jest prawda? Przykład pierwszy z brzegu z DPS-u w Ełku: na siedem pracujących sióstr zakonnych wszystkie mają wykształcenie wyższe, w tym dwie są psychologami, jedna ma doktorat, jest wśród nich pracownik socjalny, pedagog specjalny i magister pielęgniarstwa. I to raczej standard, a nie wyjątek. Podobno też „wszędzie nadużywa się przymusu bezpośredniego”, czyli czasowej konieczności przytrzymania pacjenta w celu uspokojenia lub podania leków. – U nas to po prostu nierealne – mówi zakonnica z ośrodka w Wielkopolsce. – Aby w ogóle zastosować przymus bezpośredni, wszystkie działania muszą być protokołowane (w Jordanowie najprawdopodobniej nie były – przyp. Decyzję podejmuje pielęgniarka lub lekarz, a na dokumencie podpisuje się też lekarz wojewódzki ze specjalnością psychiatrii. Unieruchomienie czasowe jest ostatecznością, gdy wszystkie inne działania nie są skuteczne. Obecnie stosowane jest bardzo rzadko. W moim ośrodku miało to miejsce półtora roku temu. Na co dzień nie ma takiej potrzeby, bo istnieje cała gama dobrych leków, plus stosowana jest właściwa opieka. Siostra dodaje, że nawet dzieci, które mają tendencje do samookaleczeń, obecnie zazwyczaj nie potrzebują siłowych rozwiązań. Dostępne są na przykład specjalne kołderki, które uniemożliwiają dziecku destrukcyjne działania. Nie stosuje się też „łóżek – klatek”, które widać na zdjęciach z Jordanowa, bo nawet bardzo cierpiące, agresywne dzieci można zabezpieczyć w inny, godny sposób. Spokój koniecznie potrzebny Na „efekt Jordanowa” nie zgadza się także wiele rodzin wychowujących niepełnosprawne dzieci. Ludmiła Puzanowska z Wrocławia jest poruszona uogólnianiem i przenoszeniem negatywnej oceny na inne DPS-y prowadzone przez siostry zakonne. Według niej większość z nich działa wzorcowo. Sama jest mamą zastępczą Beatki. Wraz z mężem przyjęła dziewczynkę ze szpitala, gdy ta miała półtora roku. Dziecko miało chore serce, a jak się potem okazało, również inne trudności rozwojowe. Obecnie Beata ma już ponad dwadzieścia lat. – Beatka wychowywała się z naszymi dziećmi, dla których była i nadal jest siostrą. My też traktujemy ją jak nasze dziecko, choć nie mieszka już z nami – mówi pani Ludmiła. Otrzymała wszystko, co mogliśmy jej dać: opiekę, rehabilitację, wsparcie. W pewnym jednak momencie, gdy zaczęła dorastać, jej niepełnosprawność i związane z nią trudności sprawiły, że nie potrafiliśmy zapewnić jej warunków, w których bezpiecznie mogłaby kontynuować naukę i spędzać wolny czas. Powierzyliśmy córkę Siostrom Franciszkankom Misjonarkom Maryi z Kietrza, gdzie znalazła dom i miłość – opowiada. – Córka jest bezpieczna, szczęśliwa, radosna. Nie potrzebuje leków wyciszających. A siostry dbają o jej zdrowie wszechstronnie, bardzo profesjonalnie. Mamy z Beatką regularny kontakt i jesteśmy przekonani, że ani my, ani nikt inny nie zapewniłby jej takiej opieki. Myślę, że takich historii jest dużo, dużo więcej... Owszem. Są i bardziej dramatyczne – jak choćby taka, gdy mama trójki dzieci, pani Zofia, wpadła w depresję, obwiniając się o stan syna i jego zachowania względem młodszego rodzeństwa. I gdy dopiero po tym, jak przyłapała 13-latka (niepełnosprawność sprzężona i zaburzenia osobowości), jak gonił siostrę z nożem, powiedziała dość. Syn został przyjęty do jednego z ośrodków zakonnych. Po kilkumiesięcznym pobycie funkcjonuje poprawnie, rozwija się w swoim rytmie i na bazie swoich możliwości. – Dziś już wiem, że próbowałam za wszelką cenę „być dzielna” i poświęcać się dla syna. W efekcie zaniedbywałam inne dzieci. Nie wierzyłam lub nie chciałam wierzyć, że ktoś obcy zapewni dziecku lepsze wsparcie niż domowe. Nie oddałabym syna do publicznego „molocha”, do miejsca, w którym mieszka setka dzieci. Jednak tu, gdzie obecnie jest, warunki są dobre, atmosfera przyjazna. Regularnie go odwiedzam i wiem, że podjęłam najlepszą z możliwych decyzję – mówi pani Zofia. Zmiany potrzebne Niewątpliwie opieka nad dziećmi niepełnosprawnymi, cały jej system idealny, delikatnie mówiąc, nie jest. Wielką bolączką jest brak specjalistów neurologów, psychiatrów, ortopedów, kardiologów itd. Kolejki do lekarzy i konieczność wożenia małych pacjentów z miejscowości do miejscowości to zmora rodziców (ale i pracowników DPS-ów). Nie istnieje system opieki wytchnieniowej, system mieszkań chronionych niby od lat powstaje, ale nadal raczkuje. Natomiast tzw. asystenci rodzinni, jeśli posłuchać historii wielu rodzin, są często groteskową fikcją. Trzeba rozmawiać o żenująco niskich zarobkach opiekunów w DPS-ach: bywa, że ta sama wykwalifikowana pielęgniarka w DPS-ie zarabia nawet o tysiąc złotych mniej niż na przykład w szpitalu. Ustawa o pomocy społecznej scedowała finansowanie ośrodków na samorządy, a nie wszystkie są wydolne w tej kwestii. W końcu trzeba mówić, że minimum kwalifikacyjnym opiekunki w DPS-ie jest wykształcenie średnie. Zakonne ośrodki zwykle przyjmują pracowników lepiej wykształconych, gdyż dziury w budżecie łatają zbiórkami pieniężnymi. Warto też poruszać temat braku domów dla dzieci z zaburzeniami psychicznymi. Obecnie ośrodki dla osób z niepełnosprawnością intelektualną muszą przyjmować zarówno dzieci „wysokofunkcjonujące”, jak i z FAS, niepełnosprawnością sprzężoną i silnymi zaburzeniami psychicznymi. Zapewnienie właściwej, indywidualnej opieki wszystkim graniczy z cudem. – Uważam, że sytuacja idealna to taka, w którym dziecko mieszka z mamą i tatą lub w kilkuosobowym ośrodku, otoczone dziesiątką oddanych dochodzących opiekunów, specjalistów, a po osiągnięciu dojrzalszego wieku, jeśli to konieczne, trafia do małych, lecz świetnie wyposażonych placówek. Czy przez najbliższe dziesięciolecia jest to jednak realne? – mówi dyrektorka jednego z DPS-ów na południu Polski. Nie chce podawać publicznie nazwiska. Ma dość ostracyzmu za ciężką pracę.•

dziecko tu jest twoja parafia